Tony's Skye

Tony's Skye

niedziela, 11 października 2015

Rozdział trzeci

Czy ktoś właśnie coś mówił? Nie no, aż tak źle z nią nie jest, nie ma jeszcze halucynacji ani omamów. Powoli otworzyła oczy, w mgnieniu sekundy przeteleportowała się z wyimaginowanej Grecji, znów siedziała przed Whisky, i odwróciła głowę w stronę, z której dobiegł ją szept.
Siedział dosłownie centymetr obok. Mogła ruszyć palcem i bez problemów dotknęłaby jego nogi. Oprócz wspomnianych już jeansów miał na sobie biały bezrękawnik z podobizną Marylin Monroe, który odsłaniał jego umięśnione, muśnięte całkiem naturalną opalenizną ramiona. Prawe przyozdabiał tatuaż prezentujący Indianina. Ione lubiła tatuaże, zawsze podziwiała ludzi, którzy się na nie decydowali. Trzeba mocno wierzyć w swoje przekonania, żeby wstrzyknąć sobie pod skórę tusz, który zostanie tam już do końca życia. Sama także pragnęła mieć małą triadę, symbol jedności, na lewym nadgarstku. Brakowało jej tylko iskry, która rozbudziłaby siedzącą w jej wnętrzu porcję odwagi.
Miał ciało atlety, ale to ta interesująca i nietypowa twarz zwracała uwagę. Była smukła, pociągła, z lekko wysuniętym podbródkiem. Oczy w kolorze gorzkiej czekolady otaczały długie, czarne rzęsy. Miał troszkę krzywe usta, które rozciągając się w uśmiechu ukazywały dziwne, lekko zaostrzone zęby. Jego głowę, jak wodospad, okalały długie do połowy pleców, proste włosy.
Odrobinę kobiecą urodę podkreślało dodatkowo nietypowe ciało. Chociaż był wysportowany, miał silne ramiona, zaś pod koszulką lekko zarysowywał się kształt umięśnionego torsu, mierzył około metra siedemdziesięciu wzrostu. Wydawał się drobny, drobne i delikatne były jego dłonie o smukłych palcach. Wszystko to tworzyło szaloną, i niezwykle pociągającą mieszankę.

 - Wybacz, że tak podbijam wprost, ale widziałem cię na naszym koncercie. Wyglądałaś jak tropikalny ptak w miejskiej dżungli. - uśmiechnął się lekko – Chyba polubiłaś naszą muzykę, co?
 - Taa... To było niesamowite, tak inne niż wszystko i niezwykle energetyczne. - odparła rozmarzona, ale już się ocknęła – A z tym ptakiem to rozumiem, że komplement, tak?
Odpowiedział jej cichy gardłowy śmiech, który sprawił, że trochę się rozluźniła.
 - Mam na imię Anthony. Anthony Kiedis. - wyciągnął ku niej dłoń – Ale kumple mówią na mnie Tony.
 - Ione Skye - uścisnęła ją
 - Skye? Jak niebo. Zupełnie do ciebie pasuje. Twoje oczy są jak niebo.

Lekko się zaczerwieniła, to już kolejny komplement, który od niego usłyszała, chociaż znała go od jakiejś godziny.
Zaczęli rozmawiać. Gadali, jakby znali się od 10 lat. O wszystkim. O muzyce, ulubionych filmach, o sobie. Ione opowiadała Tony'emu o szkole i planach na przyszłość. Były z Maru w tym samym wieku, jednak przyjaciółka od razu zakwalifikowała się na drugi rok. Tak świetnie przeszła egzaminy wstępne, że komisja uznała, że byłoby bez sensu trzymać ją na pierwszym roku, skoro wszystko miała perfekcyjnie opanowane.
Ione zaś w październiku miała zacząć studiować literaturę brytyjską na UCLA. Zawsze interesowała się literaturą, lubiła dużo czytać, ale sama także pisywała wiersze i opowiadania. Jak się okazało na tym polu także znalazła z Tony'm porozumienie. Dowiedziała się, że będąc w Emersonie każdą lekcje angielskiego zaczynali od napisania dziennika, najczęściej streszczali wczorajsze popołudnia. Tony uwielbiał to, dlatego też zaprzyjaźnił się z nauczycielką, panią Vernon, która odkryła w nim talent i potencjał.
Podzieliła się też z Anthony'm inną swoja pasją. Pomimo tego, że na co dzień niczym się nie wyróżniała, szuflada jej biurka była wypełniona projektami. Uwielbiała modę, i chociaż nie miała zdolności plastycznych, w każdej wolnej chwili sięgała po ołówek i przelewała na papier wszystkie swoje niezwykłe i niepowtarzalne wizje. Odkąd skończyła 11 lat chciała być projektantką. Ale jej rodzice nie uważali tego za zawód, który zapewni córce stabilne i dostatnie życie. Dużo bardziej pochwalali literaturę, po której mogła zostać nauczycielką. Ione byłą grzeczną dziewczynką.
Tony zaś opowiedział jej historię swojego zespołu, dzięki któremu spełniał swoje marzenia. Był od niej osiem lat starszy, pięć lat temu, zaledwie po roku, rzucił studia na UCLA. Od tamtej pory RHCP, których był założycielem razem ze swoim najlepszym przyjacielem Mike'em, który w środowisku znany był jako Flea, nadawało sens jego życiu.
Jako syn początkującego aktora, Blackie'go Dammetta, był wychowywany w atmosferze zupełnej swobody. Przez ich mieszkanie przewijały się najróżniejsze gwiazdy sportu czy muzyki. Jako nastoletni chłopiec zagrał kilka pobocznych ról w filmach. Kariera aktorska, mimo że świetnie sobie radził, nie była mu pisana.
Po jakimś czasie, silna dotąd więź z ojcem, zaczęła się kruszyć. Po jednej z przeraźliwych kłótni Tony wyszedł z domu i nigdy do niego nie wrócił. A po rzuceniu studiów został z niczym. Nie miał pieniędzy, pracy, mieszkania. Często nocował u Flea, lecz czasem zdarzało się, że spał pod gołym niebem. Na żadnej z posad, na które go przyjęto, nie zagrzał długo miejsca. Lubił się bawić, nie ukrywał tego. Najczęściej więc wyrzucano go za to, że się w ogóle nie pojawiał lub przychodził skacowany.
Z tej błędnej spirali nędzy i destrukcji wyrwał go Flea. Jako najzagorzalszy fan zespołu Anthym, do którego oprócz Flea należeli także Hillel Slovak i Jack Irons, przyjaciele z Fairax High, Tony był obecny na każdym ich koncercie, zaś jego szalony taniec, polegający głównie na wirowaniu (które często prowadziło do różnorakich katastrof i wypadków) zawsze rozgrzewał publiczność i zachęcał ją do zabawy. Pewnego razu poprosili, żeby został wokalistą ich zespołu. A raczej raperem, bo jego zdolności głosowe nie były wtedy na najlepszym poziomie. Miało to być tylko na próbę. Spróbowali. I zaiskrzyło. W ten sposób nagrali już trzy albumy i stawali się małymi gwiazdami hollywoodzkiej sceny undergroundowej.
Nie zorientowali się, jak czas szybko leciał. Z tego kokonu, uplecionego z nici porozumienia, zainteresowania sobą nawzajem i zapomnienia, wyrwał ich dopiero gwar wychodzącego z Whisky tłumu. Ione zauważyła zmierzającą w jej stronę Maru.

 - Cześć, jestem Maru, przyjaciółka Ione. A ty grasz w RHCP, nie? - Artystka, jak zwykła nazywać ją Ione, zawsze była bezpośrednia. Nigdy nie miała problemów z nawiązywaniem nowych kontaktów.
 - Hej. Tony – podał jej rękę. Jej śmiałość w ogóle go nie zdziwiła, widocznie był przyzwyczajony do pewnych siebie dziewczyn, które zawsze dostają to, czego chcą.

Już mieli się pożegnać, Ione podarowała Tony'emu małą karteczkę z napisanym na niej adresem. Wtem jednak obok Anioła, jak nazwała go w myślach, zmaterializował się młody, krótko ostrzyżony, chudy chłopak. Tony przedstawił go jako Johna Frusciante, nowego i bardzo utalentowanego gitarzystę ich zespołu. John wydał jej się miły, acz trochę nieśmiały.
Jednak to, co stało się z jej najlepszą przyjaciółką, odebrało jej mowę. Maru najpierw zmierzyła wzrokiem od stóp do głów Johna, potem jej policzki oblał krwistoczerwony rumieniec. A następnie spuściła głowę. „No nie! Maru zawstydzona! Co tu się dzieje?!”. Ta myśl nawiedziła umysł Ione, która ciągle znajdowała się w stanie szoku.
Zmierzały już do domu, w kierunku Courtney Avenue. Dopiero teraz, gdy jej mózg przetrawił to, co przed chwilą się stało, zdołała wydusić:

 - Właśnie chyba wpadłaś po uszy.

Maru, która zawsze szczyciła się tym, że nic nigdy nie mogło jej złamać, rzuciła szyderczo:

 - Och, a ty to może nie?
 - Jak najbardziej – odrzekła Ione z uśmiechem. - I bardzo się z tego cieszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz