Tony's Skye

Tony's Skye

środa, 14 października 2015

Rozdział ósmy

Miała już tego dość. Bolała ją głowa i była wyczerpana. Po powrocie do domu z kolacji z Tony'm natychmiast udała się do swojego pokoju. Jane domyśliła się, że coś jest nie w porządku, córka chętnie opowiadała jej co robiła i czy dobrze się bawiła. Teraz najwidoczniej coś ją trapiło. Jane postanowiła jednak, że nie będzie jej przeszkadzać. Ufała swojemu dziecku i wiedziała, że prędzej czy później zwróci się do niej o pomoc.
Całą noc nie mogła zasnąć. Leżała na wznak i niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w sufit. Jej głowę wypełniała gonitwa myśli.
Cholera. I co ja mam zrobić? Powiedział, że niej jest dobrym chłopcem. I co to oznacza? W sumie może wszystko... A co jeśli jest przestępcą? Albo go ścigają? Albo jest członkiem jakiejś mafii? Jej umysł wypełniały coraz to nowe fantastyczne wizje. A każda kolejna była coraz bardziej abstrakcyjna. Jedno było pewne. Wiedziała, że wpadła. Wiedziała, że jeśli go odtrąci będzie cierpieć. A co jeśli zrobi mi krzywdę? Jeśli jest psychopatą? Wreszcie zdecydowała. Pójdzie jutro do niego i zapyta się wprost, dlaczego on uważa, że nie powinni być razem. Tylko jak ja to zrobię skoro nie znam jego adresu?
Wreszcie jej wycieńczony do granic mózg nie wytrzymał. Zasnęła płytkim, przerywanym snem dopiero koło czwartej nad ranem.
Kiedy wstała i poszła do kuchni zobaczyła na stole kartkę. Pismo Tony'ego, pomyślała. Jednak mina siedzącej obok matki popijającej poranną kawę sprawiła, że natychmiast zalała ją fala niepokoju. Podniosła i liścik i powoli go przeczytała. Po przetrawieniu zawartych w nim słów uniosła wzrok i spojrzała na Jane.

 - Nawet nie myśl, że gdziekolwiek pójdziesz. Jest od ciebie starszy, a jeszcze chce obarczać cię swoimi problemami. - wystrzeliła z siebie jak karabin matka Ione. I wyszła z kuchni, nie dając córce szans na zabranie głosu.

Cały dzień spędziły na kłótniach. Jane była nieustępliwa. Wykończona bezsenną nocą, ciągłym rozmyślaniem i sporami Ione zaszyła się w swoim pokoju
Jane nie zamknęła jej, nie zrobiła nic więcej, żeby powstrzymać ją od spotkania z tym chłopakiem. Zawsze szczyciła się, że ma tak dobre kontakty z córką. A jednocześnie wiedziała, jak silny ma autorytet. Ione nigdy nie sprzeciwiła się matce. Była grzeczną dziewczynką.
Aż do teraz. Około dwudziestej drugiej Ione po cichu włożyła swoją jeansową kurtkę i stare, czarne trampki. Powzięła jedną z najodważniejszych decyzji w swoim życiu. Był to pierwszy przejaw jakiegokolwiek buntu z jej strony. Wiedziała, że jest to koniec pewnego rozdziału. Chyba jeszcze nigdy nie zawiodła swojej matki, którą naprawdę i szczerze kochała. Jednak myśl, że Tony chce jej wszystko wyjaśnić była silniejsza. Mobilizowała ją do działania. Oprócz tego przypomniała sobie słowa Maru, która potrafiła stale rzucać jakimiś złotymi myślami. O dziwo, zawsze były trafione. Nie pozwól odebrać sobie marzenia.

Siedząca na kanapie w salonie Jane usłyszała jedynie delikatne zamknięcie drzwi.

wtorek, 13 października 2015

Rozdział siódmy

Chodził w tę i we w tę po przestronnym salonie swojego nowego mieszkania. Czasem siedząc na kanapie zastanawiał się, jak krętą ścieżką wije się życie. Jeszcze całkiem niedawno nie miał dachu nad głową, sypiał u Flea, a czasem nawet we własnym samochodzie. Nie miał pracy, pieniędzy, a po rzuceniu studiów ani perspektyw, ani nadziei. Teraz zaś wydał z zespołem trzy płyty, właśnie byli w trakcie nagrywania materiału na czwarty krążek. Mieszkał w pięknym domu urządzonym a stylu art deco, położonym w jednej z najlepszych dzielnic Los Angeles.
Była trzecia w nocy. Chodził w tę i z powrotem obok okna, przez które przebijający się blask księżyca tworzył na mahoniowej podłodze srebrne, pionowe pasy oświetlające jego bose stopy. Spojrzał na znajdujące się w oddali wzniesienie. Spojrzał na te samochody, które mimo późnej godziny wciąż krążyły po ulicach. I po raz kolejny zdał sobie sprawę z tego, jak ogromną więź czuł z tym miastem, które nigdy nie śpi.
Trwał w tym stanie już od dwóch godzin. Próbował wcześniej zasnąć, ale jedynie przewracał się z boku na bok. Tak było zawsze. Gdy tylko jakiś problem zaczynał go trapić, natychmiast przybywały jakieś nieznane demony i odbierały mu słodkie opary regenerującego snu.
Bił się z myślami, musiał podjąć jakąś decyzję. Najgorsze było, że nawet nie miał się do kogo zwrócić, był piątek – o tej porze Flea i John byli pewnie na jakiejś imprezie, zataczając się od ilości alkoholu we krwi i zarywając do coraz to nowych dziewczyn, których, chętnych i odważnych, było w takich miejscach na pęczki.
Cholera. I co ja mam zrobić? Przecież gdy tylko dowie się prawdy nie będzie chciała więcej się ze mną spotkać. Ale nie mogę tego ukrywać. Na pewno wyjdzie, bo zawsze wychodzi. A wtedy będzie rozczarowana i rozgoryczona, że tyle czasu ją okłamywałem. A tego nie chciał. Nie liczył już, w ilu był związkach. Świadomy tego, jak działa na kobiety, nigdy nie miał problemów ze znalezieniem partnerki na jedną lub kilka nocy. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że się nimi bawi. Uwodził, wykorzystywał i porzucał. Nie ukrywał tego, był istotą seksualną i uznawał to za rzecz zupełnie normalną. Jednak każdy, kto znał go lepiej, wiedział, że jest to objaw swego rodzaju desperacji. Tony był pełen miłości, jak zwykła mawiać jego mama. I usilnie starał się odnaleźć tę osobę, z którą mógłby się nią podzielić. Czuł, że Ione była właśnie tą osobą. Piękna w swojej naturalności, potrafiła oczarować go jednym błyskiem swoich roześmianych oczu. Świetnie im się także rozmawiało. Musiał przyznać, że jeszcze w towarzystwie żadnej ze swoich byłych nie czuł się od samego początku tak dobrze. I w ten sposób zrozumiał. Musi jej powiedzieć. Albo zrozumie, albo nie. Ale oszukiwać jej nie może, zdecydowanie na to nie zasługiwała.
Szybkim krokiem udał się do sypialni, wciągnął jeansy, założył koszulkę i narzucił swoją jedyną, czarną skórzaną kurtkę. Z leżącego na stole notatnika wyrwał kartkę, na której szybkimi ruchami napisał kilka słów. Wsadził ją do kieszeni i wyszedł z domu.
Jego twarz natychmiast owionęło zimne, nocne powietrze. Było rześkie i oczyszczające. Do domu Ione było jakieś 15 minut spacerem. Nie przeszkadzało mu to jednak. W trakcie tej przechadzki rozglądał się po ulicach. Uwielbiał Los Angeles nocą. Mimo, że nigdy nie zamierało, to po zmroku było jednak znacznie spokojniej. Mógł podziwiać dominującą symetrię, która dodawała jego mieszkańcom swoistego poczucia stabilizacji. I wsłuchać się w swoje myśli.
Pół godziny później, po powrocie do domu rozebrał się i wskoczył do łóżka. Podjęcie decyzji przerwało błędne koło dylematów. Zasnął, kiedy tylko zamknął powieki.
W skrzynce na listy przy Courtney Avenue 127 znajdowała się pokryta okrągłymi literami kartka:

Chciałbym podzielić się z tobą tym, co mnie trapi. Wierzę, że zasługujesz na to. Przyjdź wieczorem. King Road 1464.

                                                                                                     Tony

poniedziałek, 12 października 2015

Rozdział szósty

Jej rodzice nie byli zadowoleni. Osiem lat starszy, muzyk, bez wykształcenia. Która matka cieszyłaby się, gdyby taki chłopak zainteresował się jej córką? No i jeszcze te długie włosy! Ostatni argument bawił Ione, na pozostałe nie miała odpowiedzi. Zgodzili się jednak. „Jest jeszcze młoda, niech się bawi” mówiła Jane mężowi, gdy zasiedli wieczorem na kanapie przy lampce czerwonego wina i puszczonej w tle, na starym gramofonie, który Jane dostała na szesnaste urodziny, płycie Franka Sinatry. „To zwykła wakacyjna miłość, aura sprzyja zauroczeniu. W październiku zacznie studia i jej przejdzie”. Wciąż nastawiony dość sceptycznie Peter pokiwał powoli głową. Doświadczenie nauczyło go, że żona zazwyczaj ma rację.

*

O dziwo przybył punktualnie. Zważając na to, jak roztrzepaną był osobą, musiało mu zależeć. Ione dyskretnie obserwowała go z okna, widziała, jak podjechał swoim starym, ciemnoszarym chevy'm. Natychmiast pobiegła po torebkę. Gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi położyła rękę na klamce i rzuciła siedzącym w salonie rodzicom krótkie:

 - To ja już lecę, nie wrócę późno.

Otworzyła drzwi stojąc tyłem, gdy się odwracała sukienka i kasztanowe włosy wspólnie zafalowały.
Tony stał zafascynowany. Miał na sobie czarne spodnie i bawełnianą koszulę w czarno - bordową kratę. Rękawy podwinął do łokci, na nadgarstku zauważyła srebrny zegarek. Całą szykowność stylizacji przełamywały czerwone trampki z narysowaną na nosku prawego buta gwiazdą Dawida.

 - Hej, piękna. - cmoknął ją lekko w policzek. - Zapraszam do karocy.

Z bliska chevy prezentował się nieco gorzej. Miał pełno rys, przy kole z lewej strony było widać wgniecenie. Braki wizualne rekompensowały jednak wygodne i miękki, granatowe fotele.
Jechali już od kilku minut. W odtwarzaczu leciała kaseta z piosenkami Ramones. Gdy nagle zabrzmiały pierwsze tony „Rockaway Beach” Ione zaczęła śpiewać razem z wokalistą. Po chwili jednak umilkła, zawstydzona wybuchem tego niespodziewanego entuzjazmu. Tony tylko spojrzał na nią z uśmiechem i sam zaczął wtórować wokaliście. Barwa jego głosu była niesamowita, zupełni inne niż wszystkie, trudno było ją jakkolwiek określić. W dolnych tonacjach wypadał świetnie, miał jednak małe problemy z wyższymi dźwiękami.
I tak cała droga do restauracji minęła im na wspólnym śpiewaniu.


*

Gdy zatrzymali się pod jedyną w tej okolicy francuską restauracją „Le chateau” Tony zgasił silnik chevy'ego i zapytał:

 - Mam nadzieję, że sprostałem wyzwaniu.

Siedzieli w restauracji przy pięknie przystrojonym lawendą, która wprowadzała w ich świat trochę Prowansji, stoliku, zajadali się przepysznym ratatouille i rozmawiali o wszystkim. O Flea, o Maru, o tym, jak spędzili wakacje, o swoim dzieciństwie, o zespole, o Johnie. Gdy tylko Ione zadzwoniła do Maru, że w sobotę widzi się z Tony'm, przyjaciółka poprosiła, żeby wypytała go trochę o jej nowy obiekt intensywnego zainteresowania.

 - Jak John znalazł się w zespole? Mówiłeś przecież, że założyliście go z Flea, Hillelem i Jack'iem...
 - John pojawił się po odejściu Hillela.

Jego twarz zasłoniła kurtyna smutku. „Och, pewnie się pokłócili czy coś” pomyślała Ione. Zauważyła, że jest to dla niego drażliwy temat, nie poruszał go więcej.
Nawet się nie zorientowali, jak szybko minął im czas. Gdy wybiła 23 zdecydowali, że pora już wrócić do domu.
Byli znów na Courtney Avenue.

 - Dzięki, to był naprawdę miły i przepyszny wieczór. - rzekła.
 - Cała przyjemność po mojej stronie. - odparł i nachylił się, jakby chciał ją pocałować.

O tak, chciała tego. Przez połowę tego wieczoru marzyła, by móc dotknąć tych miękkich, ciepłych ust. Marzenie się jednak nie spełniło, cofnął się nagle zmieszany. Już wcześniej to dostrzegła, kiedy wydawało jej się, że chce ująć jej dłoń. Wyglądał, jakby toczył ze sobą wewnętrzną walkę. Gasił natychmiast każdy odruch czułości. Zapytała go wprost, o co chodzi. Nie lubiła niedomówień i niejasnych sytuacji.

 - Chodzi o to, że... - zawahał się. - Bardzo mi się podobasz, i to jest problem.

Spojrzała na niego z wyrazem niezrozumienia. Gdzie on tu widzi problem?

 - Bo, widzisz, ja nie jestem dobrym ani grzecznym chłopcem.


Jego oczy rozświetlił niepokojący błysk.

niedziela, 11 października 2015

Rozdział piąty

Miał na sobie długie, ciemne jeansy. Na czarną koszulkę założył skórzaną kurtkę, do której, co dość nietypowe, przyklejone były dwa kubki. Włosy miał związane w kucyk, czerwoną bejsbolówkę odwrócił daszkiem do tyłu. Wyglądał tak męsko i chłopięco zarazem.
Dopiero gdy na niego spojrzała poczuła, że jest jej zimno. Miała na sobie szorty i biały t-shirt. Gałęzie drzew poruszały się lekko w rytmie chłodnego wiatru.

 - Hej. Chyba ci trochę zimno, co?
Sięgnął po leżący na oparciu ławki koc w kratę i opatulił jej ramiona. Ten gest był bardzo delikatny i czuły. Ciepły.

 - Hej. - odpowiedziała. - Co tu robisz?
 - Wpadłem tylko na chwilę. Właśnie idę na próbę. - wskazał na trzymane w dłoni kartki, całe zapisane dużymi, okrągłymi literami. - Napisałem nowy tekst, chcę go pokazać chłopakom.
 - A ja też mogę zerknąć? - zapytała i wyciągnęła rękę po kartki. Już musnęła papier palcem, ale w ostatniej chwili jej go wyrwał. Spojrzał na nią rozbawiony:
 - Nie, jeszcze nie. Ogramy kawałek i później mogę ci go zaśpiewać. Pasuje?
 - Ok, pasuje.

Zlustrował ją wzrokiem, w jego oczach zaczaiło się lekkie zdziwienie. Dostrzegła to.

 - Na co dzień wyglądam inaczej. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.
 - Nie, no co ty, wyglądasz bardzo ładnie. Ja zresztą też wyglądam inaczej niż w dniu naszego pierwszego spotkania. Wiesz – nachylił się konspiracyjnie i szepnął – na co dzień się ubieram.

Wybuchnęła gromkim śmiechem. Dopiero po dłuższej chwili się uspokoiła. Kontynuował:

 - Wpadłem, bo pomyślałem sobie, że moglibyśmy gdzieś razem wyskoczyć coś zjeść... Może być jutro o siódmej?
 - Tak, siódma jest ok.
 - To świetnie, przyjdę po ciebie.

Już był na schodach, gdy Ione krzyknęła:

 - Jeszcze jedno, jestem wegetarianką – podwyższyła mu tym poprzeczkę, w Kraju Hamburgerów trudno było znaleźć dobrą knajpę z wegetariańskim jedzeniem.
 - Wow, wyzwanie. Lubię wyzwania – uśmiechnął się łobuzersko.

I tak nagle jak się pojawił, nagle zniknął.
Ione wróciła do lektury, lecz trudniej jej się było teraz skupić. Już wybierała w swojej głowie dodatki do nowej sukienki. Lewin długo nic nie mógł powiedzieć, nie tyle dlatego, że obawiał się zepsuć słowem podniosłość swych uczuć, ale raczej dlatego, że ilekroć chciał coś rzec, czuł, że mu zamiast słów popłyną łzy radości. Wziął jej rękę i pocałował.
 - Czy to może być prawda? - głos jego był bezdźwięczny. - Nie mogę uwierzyć, że mnie kochasz!
Uśmiechnęła się na słowo „ty” i nad śmiałością, z jaką spojrzał na nią.
 - Tak! - wyrzekła powoli, z przekonaniem. - Taka jestem szczęśliwa.

Rozdział czwarty

Następny tydzień udało jej się wykorzystać tak, jak zamierzała. Czyli w 100%. Poniedziałek znów minął pod znakiem wyjścia na miasto. Z tą różnicą, że tym razem nic im nie przeszkodziło bawić się do białego rana. W przypływie jakiejś nieznanej mocy Ione nawet dała namówić się na drinka. Wypicie jednej szklanki orzeźwiającego mochito zajęło jej pół godziny.
Następnie urządziły sobie małą wyprawę. Na dwa dni wpadły do ciotki Maru, Glorii, która zamieszkiwała, razem z dwoma ślicznymi kotami, których sierść przypominała odpowiednio srebro i złoto, malutki domek nad oceanem. Trzy lata temu, po śmierci ukochanego męża River'a, Gloria zdecydowała o przeprowadzce. Pustka, jaką odczuwała i poczucie zupełnej bezcelowości przekonały ją, aby wreszcie spełniła swoje marzenie. W ciągu pięciu dni załatwiła wszystkie formalności, sprzedała mieszkanie i spakowała cały dobytek. I tak znalazła się w Venice Beach.
Maru uwielbiała ją odwiedzać, robiła to w każde wakacje, często zabierając ze sobą Ione. Kochała słuchać jej opowieści o życiu i dorastaniu w latach 50., o modzie, muzyce i obyczajach tamtych czasów. I o wujku Riverze, który w młodości całkiem sporo narozrabiał, jego życiorys mogła porównać do tego, jaki mają bohaterowie filmów.
Tak więc wtorek i środa spędziły na pływaniu w ciepłych, błękitnych wodach oceanu, opalaniu się, wylegiwaniu na plaży i cofaniu się w czasie za pomocą maszyny, do której konstrukcji Gloria używała własnych słów.
W czwartek zaś wybrały się na zakupy. Cały dzień chodzenia po sklepach dał im się we znaki. Gdy tylko weszły do domu Ione natychmiast zaległy na kanapie. Żadnej z nich nie chciało się nawet wstać po wodę, która, zimna i z plastrami cytryny oraz listkami świeżej mięty, spokojnie stała sobie w lodówce. Było bardzo gorąco. Mimo wszystko były usatysfakcjonowane. Maru zadowoliła się jedynie krótką spódniczką w fantazyjne, czarno – białe wzory. Zawsze narzekała na brak pieniędzy. Całe życie oszczędzała, lecz nigdy nic nie zaoszczędziła. Wszystko w końcu wydawała na książki. Ione zaś nie musiała się ograniczać. Jej ojciec pracował jako prawnik w jednej z dobrze prosperujących firm w Los Angeles. Miała pełną swobodę finansową, oczywiście w granicach rozsądku. Kupiła więc zwiewną sukienkę z koronkową wstawkę przy szyi w kolorze szaro – błękitnym. Kolorze jej oczu. Do tego dobrała śliczne buty na płaskim obcasie z miękkiego materiału. Miała nadzieję, że ta sukienka niedługo jej się przyda.
Dzisiaj był piątek, który spędziła nie wychodząc z domu. Maru spotykała się ze swoimi przyjaciółmi, których Ione żartobliwie nazywała „bohemą”. Była to banda naprawdę sympatycznych ludzi, ale czuła się trochę nieswojo, gdy zaczynali rozmawiać o sztuce, o której miała dość podstawowe pojęcia. A oni zawsze rozmawiali o sztuce.
Na studiach miała zajmować się literaturą brytyjską, ale tak naprawdę uwielbiała wszystkie książki. Dziś upatrzyła sobie „Annę Kareninę” Tołstoja. Myślała, że poczyta przez godzinę, może dwie. Chciała potem posprzątać trochę w szufladzie, która z nadmiaru zawartych w niej rzeczy po prostu już się nie domykała. Jej plany jednak wzięły w łeb. Czytała non stop od dziewięciu godzin, z małą przerwą na obiad. Kiedy koło 17 mama zarzuciła jej, że nie można tak siedzieć cały dzień w domu, że potrzeba jej świeżego powietrza. Zabrała książkę i udała się na werandę. Usiadła na ławce przed domem i z powrotem zanurzyła się w lekturze.
Wszystkie poprzednie dni, jak i ten dzisiejszy, podszyte były przepełniającą Ione radością. Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak cudownie. Wszystko było niezmiernie kolorowe, zewsząd dochodził ją zapach słodkich truskawek. Co chwilka wpadała także w rodzaj jakiegoś snu na jawie, wyłączała się na kilka sekund, jej usta rozciągał niewiarygodnie szeroki uśmiech. Artystka na okrągło musiała ją budzić, ale rozumiała to. Sama była wieczną marzycielką i od wielu lat czekała na swojego rycerza, który przyjedzie po nią swoim czarnym motocyklem i porwie ku wieczności. Nie przeszkadzała żyć przyjaciółce marzeniem.
Czytając „Annę Kareninę” Ione od samego początku pokochała język Tołstoja, był tak sugestywny, że czuła się, jakby sama przebywała w mroźnej Moskwie. Szczególnie upodobała sobie wątek Lewina i Kitty. W jej wyobraźni był rosłym mężczyzną z rudymi włosami do ramion. Był rosły, a jednocześnie bardzo kruchy. Jego pewność siebie, której nie miał w swoim wnętrzu zresztą zbyt wiele, mogła zostać pokonana pod naporem jednego spojrzenia ufnych oczu Kitty. Ione właśnie zupełnie oderwała się od świata przeżywając fragment opisujący zaręczyny zakochanych. Nie było jej tu, nic nie widziała, nic nie słyszała, żyła przez tę jedną chwilę życiem swoich bohaterów. Gdy znowu usłyszał ten szept:
 - Witaj, kolorowy ptaku.


Deja vu?

Rozdział trzeci

Czy ktoś właśnie coś mówił? Nie no, aż tak źle z nią nie jest, nie ma jeszcze halucynacji ani omamów. Powoli otworzyła oczy, w mgnieniu sekundy przeteleportowała się z wyimaginowanej Grecji, znów siedziała przed Whisky, i odwróciła głowę w stronę, z której dobiegł ją szept.
Siedział dosłownie centymetr obok. Mogła ruszyć palcem i bez problemów dotknęłaby jego nogi. Oprócz wspomnianych już jeansów miał na sobie biały bezrękawnik z podobizną Marylin Monroe, który odsłaniał jego umięśnione, muśnięte całkiem naturalną opalenizną ramiona. Prawe przyozdabiał tatuaż prezentujący Indianina. Ione lubiła tatuaże, zawsze podziwiała ludzi, którzy się na nie decydowali. Trzeba mocno wierzyć w swoje przekonania, żeby wstrzyknąć sobie pod skórę tusz, który zostanie tam już do końca życia. Sama także pragnęła mieć małą triadę, symbol jedności, na lewym nadgarstku. Brakowało jej tylko iskry, która rozbudziłaby siedzącą w jej wnętrzu porcję odwagi.
Miał ciało atlety, ale to ta interesująca i nietypowa twarz zwracała uwagę. Była smukła, pociągła, z lekko wysuniętym podbródkiem. Oczy w kolorze gorzkiej czekolady otaczały długie, czarne rzęsy. Miał troszkę krzywe usta, które rozciągając się w uśmiechu ukazywały dziwne, lekko zaostrzone zęby. Jego głowę, jak wodospad, okalały długie do połowy pleców, proste włosy.
Odrobinę kobiecą urodę podkreślało dodatkowo nietypowe ciało. Chociaż był wysportowany, miał silne ramiona, zaś pod koszulką lekko zarysowywał się kształt umięśnionego torsu, mierzył około metra siedemdziesięciu wzrostu. Wydawał się drobny, drobne i delikatne były jego dłonie o smukłych palcach. Wszystko to tworzyło szaloną, i niezwykle pociągającą mieszankę.

 - Wybacz, że tak podbijam wprost, ale widziałem cię na naszym koncercie. Wyglądałaś jak tropikalny ptak w miejskiej dżungli. - uśmiechnął się lekko – Chyba polubiłaś naszą muzykę, co?
 - Taa... To było niesamowite, tak inne niż wszystko i niezwykle energetyczne. - odparła rozmarzona, ale już się ocknęła – A z tym ptakiem to rozumiem, że komplement, tak?
Odpowiedział jej cichy gardłowy śmiech, który sprawił, że trochę się rozluźniła.
 - Mam na imię Anthony. Anthony Kiedis. - wyciągnął ku niej dłoń – Ale kumple mówią na mnie Tony.
 - Ione Skye - uścisnęła ją
 - Skye? Jak niebo. Zupełnie do ciebie pasuje. Twoje oczy są jak niebo.

Lekko się zaczerwieniła, to już kolejny komplement, który od niego usłyszała, chociaż znała go od jakiejś godziny.
Zaczęli rozmawiać. Gadali, jakby znali się od 10 lat. O wszystkim. O muzyce, ulubionych filmach, o sobie. Ione opowiadała Tony'emu o szkole i planach na przyszłość. Były z Maru w tym samym wieku, jednak przyjaciółka od razu zakwalifikowała się na drugi rok. Tak świetnie przeszła egzaminy wstępne, że komisja uznała, że byłoby bez sensu trzymać ją na pierwszym roku, skoro wszystko miała perfekcyjnie opanowane.
Ione zaś w październiku miała zacząć studiować literaturę brytyjską na UCLA. Zawsze interesowała się literaturą, lubiła dużo czytać, ale sama także pisywała wiersze i opowiadania. Jak się okazało na tym polu także znalazła z Tony'm porozumienie. Dowiedziała się, że będąc w Emersonie każdą lekcje angielskiego zaczynali od napisania dziennika, najczęściej streszczali wczorajsze popołudnia. Tony uwielbiał to, dlatego też zaprzyjaźnił się z nauczycielką, panią Vernon, która odkryła w nim talent i potencjał.
Podzieliła się też z Anthony'm inną swoja pasją. Pomimo tego, że na co dzień niczym się nie wyróżniała, szuflada jej biurka była wypełniona projektami. Uwielbiała modę, i chociaż nie miała zdolności plastycznych, w każdej wolnej chwili sięgała po ołówek i przelewała na papier wszystkie swoje niezwykłe i niepowtarzalne wizje. Odkąd skończyła 11 lat chciała być projektantką. Ale jej rodzice nie uważali tego za zawód, który zapewni córce stabilne i dostatnie życie. Dużo bardziej pochwalali literaturę, po której mogła zostać nauczycielką. Ione byłą grzeczną dziewczynką.
Tony zaś opowiedział jej historię swojego zespołu, dzięki któremu spełniał swoje marzenia. Był od niej osiem lat starszy, pięć lat temu, zaledwie po roku, rzucił studia na UCLA. Od tamtej pory RHCP, których był założycielem razem ze swoim najlepszym przyjacielem Mike'em, który w środowisku znany był jako Flea, nadawało sens jego życiu.
Jako syn początkującego aktora, Blackie'go Dammetta, był wychowywany w atmosferze zupełnej swobody. Przez ich mieszkanie przewijały się najróżniejsze gwiazdy sportu czy muzyki. Jako nastoletni chłopiec zagrał kilka pobocznych ról w filmach. Kariera aktorska, mimo że świetnie sobie radził, nie była mu pisana.
Po jakimś czasie, silna dotąd więź z ojcem, zaczęła się kruszyć. Po jednej z przeraźliwych kłótni Tony wyszedł z domu i nigdy do niego nie wrócił. A po rzuceniu studiów został z niczym. Nie miał pieniędzy, pracy, mieszkania. Często nocował u Flea, lecz czasem zdarzało się, że spał pod gołym niebem. Na żadnej z posad, na które go przyjęto, nie zagrzał długo miejsca. Lubił się bawić, nie ukrywał tego. Najczęściej więc wyrzucano go za to, że się w ogóle nie pojawiał lub przychodził skacowany.
Z tej błędnej spirali nędzy i destrukcji wyrwał go Flea. Jako najzagorzalszy fan zespołu Anthym, do którego oprócz Flea należeli także Hillel Slovak i Jack Irons, przyjaciele z Fairax High, Tony był obecny na każdym ich koncercie, zaś jego szalony taniec, polegający głównie na wirowaniu (które często prowadziło do różnorakich katastrof i wypadków) zawsze rozgrzewał publiczność i zachęcał ją do zabawy. Pewnego razu poprosili, żeby został wokalistą ich zespołu. A raczej raperem, bo jego zdolności głosowe nie były wtedy na najlepszym poziomie. Miało to być tylko na próbę. Spróbowali. I zaiskrzyło. W ten sposób nagrali już trzy albumy i stawali się małymi gwiazdami hollywoodzkiej sceny undergroundowej.
Nie zorientowali się, jak czas szybko leciał. Z tego kokonu, uplecionego z nici porozumienia, zainteresowania sobą nawzajem i zapomnienia, wyrwał ich dopiero gwar wychodzącego z Whisky tłumu. Ione zauważyła zmierzającą w jej stronę Maru.

 - Cześć, jestem Maru, przyjaciółka Ione. A ty grasz w RHCP, nie? - Artystka, jak zwykła nazywać ją Ione, zawsze była bezpośrednia. Nigdy nie miała problemów z nawiązywaniem nowych kontaktów.
 - Hej. Tony – podał jej rękę. Jej śmiałość w ogóle go nie zdziwiła, widocznie był przyzwyczajony do pewnych siebie dziewczyn, które zawsze dostają to, czego chcą.

Już mieli się pożegnać, Ione podarowała Tony'emu małą karteczkę z napisanym na niej adresem. Wtem jednak obok Anioła, jak nazwała go w myślach, zmaterializował się młody, krótko ostrzyżony, chudy chłopak. Tony przedstawił go jako Johna Frusciante, nowego i bardzo utalentowanego gitarzystę ich zespołu. John wydał jej się miły, acz trochę nieśmiały.
Jednak to, co stało się z jej najlepszą przyjaciółką, odebrało jej mowę. Maru najpierw zmierzyła wzrokiem od stóp do głów Johna, potem jej policzki oblał krwistoczerwony rumieniec. A następnie spuściła głowę. „No nie! Maru zawstydzona! Co tu się dzieje?!”. Ta myśl nawiedziła umysł Ione, która ciągle znajdowała się w stanie szoku.
Zmierzały już do domu, w kierunku Courtney Avenue. Dopiero teraz, gdy jej mózg przetrawił to, co przed chwilą się stało, zdołała wydusić:

 - Właśnie chyba wpadłaś po uszy.

Maru, która zawsze szczyciła się tym, że nic nigdy nie mogło jej złamać, rzuciła szyderczo:

 - Och, a ty to może nie?
 - Jak najbardziej – odrzekła Ione z uśmiechem. - I bardzo się z tego cieszę.

czwartek, 8 października 2015

Rozdział drugi

Z pomieszczenia dobiegała mieszanina męskich głosów połączona z kobiecym chichotem. Ione lekko uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Była tam cała masa ludzi, aż dziwne, że wszyscy się zmieścili w tak małym pokoju. W środku tego chaosu stał bokiem odwrócony jej anioł, który mocował się z zużytym już zamkiem od znoszonych spodni. Były to jasne jeansy do kolan. Miały postrzępiony brzeg, były popisane markerem. Największy napisał brzmiał „Live hell” i dekorowała go złota gwiazda. „Ubranie z duszą” pomyślała Ione z uśmiechem. I znów zjechała o jedno piętro niżej w tej windzie zauroczenia. W chwili, gdy ta myśl przebiegała przez jej głowę, do frontmana podeszły dwie młode dziewczyny, o bujnych kształtach, ubrane w bardzo, można by rzec „minimalistyczny” strój. Wokalista po uporaniu się z zamkiem chętnie je objął.
Ione natychmiast zamknęła drzwi garderoby. Cała ta akcja trwała kilka sekund, nikt więc nie spostrzegł drobnego intruza.
„Co ja sobie wyobrażałam, przecież taki facet ma lasek na pęczki!” wyrzucała zła na samą siebie kierując się do wyjścia. Na twarzy podążającej za nią Maru malował się wyraz kompletnego niezrozumienia.
Gdy tylko znalazły się na zewnątrz usiadła na murku naprzeciwko wejścia do klubu. Artystka zmaterializowała się zaraz obok i podała jej resztkę piwa, które siorbała podczas koncertu. W takich chwilach nie trzeba było jej namawiać na zwierzenia, jak automat wyrzucała z siebie wszystko, opowiedziała przyjaciółce całe zdarzenie, które chociaż tak krótkie i mało ważne, w jej mikrokosmosie urosło do kształtów Wenus.
Była na siebie zła, bo tak łatwo połknęła haczyk. Wystarczyło tych kilka minut, a już myśląc o nim robiło jej się gorąco. Znała samą siebie, nie było więc tajemnicą, jak to się skończy. Jako osoba, która przeżywała każdą pojedynczą emocję trzy razy bardziej niż inny człowiek wiedziała, że po prostu będzie cierpieć.
Siedziały tak kilka minut, po chwili usłyszały dobiegający z klubu, lekko przytłumiony dźwięk perkusji. Muzycy The Black Flag właśnie rozpoczynali swoje show.

 - Leć – szepnęła do Maru, której smukłe palce natychmiast, gdy tylko muzyka dotarła do jej uszu, zaczęły wybijać rytm na udzie. - Poradzę sobie.
 - Na pewno? No ok, strasznie nie chciałam ominąć tego koncertu. A ty pamiętaj – wyluzuj i wszystko będzie dobrze.

Ione uśmiechnęła się szeroko. Nienawidziła tekstu ”wyluzuj”, nigdy nie pomógł na jej przewrażliwienie, był więc drażniący. Maru używała go czasem drocząc się z nią.
Widząc to, studentka The Academy of Art University zerwała się na nogi, cmoknęła Ione w policzek i popędziła z powrotem do środka.
Przez chwilę przyglądała się malunkom na swoich ramionach. Zdecydowała, że poczeka na przyjaciółkę. Po koncercie będzie miała pewnie całą masę rzeczy do opowiedzenia, zawsze dzieliła się wrażeniami. Ione miała nadzieję, że potok jej słów choć na chwilę ją porwie. Podniosła lekko podbródek do góry i zamknęła oczy. Ach, ile by dała by jej rozgrzaną skórę owinął lekki i chłodny podmuch wiatru. Niestety, w Kalifornii zawsze było ciepło, czy to była noc czy dzień, sierpień czy listopad. Zaczęła wyobrażać sobie, jakie to musi być uczucie – siedzieć nad brzegiem Morza Śródziemnego, gdzieś w Grecji, słyszeć bawiących się w tawernie ludzi i czuć delikatny dotyk bryzy na policzkach.
Nie wiedziała, jak długo tak fantazjowała, ale nagle jej prawe ucho wypełnił szept. Niski głos mówił:
 - Witaj, kolorowy ptaku.