Tony's Skye

Tony's Skye

niedziela, 11 października 2015

Rozdział czwarty

Następny tydzień udało jej się wykorzystać tak, jak zamierzała. Czyli w 100%. Poniedziałek znów minął pod znakiem wyjścia na miasto. Z tą różnicą, że tym razem nic im nie przeszkodziło bawić się do białego rana. W przypływie jakiejś nieznanej mocy Ione nawet dała namówić się na drinka. Wypicie jednej szklanki orzeźwiającego mochito zajęło jej pół godziny.
Następnie urządziły sobie małą wyprawę. Na dwa dni wpadły do ciotki Maru, Glorii, która zamieszkiwała, razem z dwoma ślicznymi kotami, których sierść przypominała odpowiednio srebro i złoto, malutki domek nad oceanem. Trzy lata temu, po śmierci ukochanego męża River'a, Gloria zdecydowała o przeprowadzce. Pustka, jaką odczuwała i poczucie zupełnej bezcelowości przekonały ją, aby wreszcie spełniła swoje marzenie. W ciągu pięciu dni załatwiła wszystkie formalności, sprzedała mieszkanie i spakowała cały dobytek. I tak znalazła się w Venice Beach.
Maru uwielbiała ją odwiedzać, robiła to w każde wakacje, często zabierając ze sobą Ione. Kochała słuchać jej opowieści o życiu i dorastaniu w latach 50., o modzie, muzyce i obyczajach tamtych czasów. I o wujku Riverze, który w młodości całkiem sporo narozrabiał, jego życiorys mogła porównać do tego, jaki mają bohaterowie filmów.
Tak więc wtorek i środa spędziły na pływaniu w ciepłych, błękitnych wodach oceanu, opalaniu się, wylegiwaniu na plaży i cofaniu się w czasie za pomocą maszyny, do której konstrukcji Gloria używała własnych słów.
W czwartek zaś wybrały się na zakupy. Cały dzień chodzenia po sklepach dał im się we znaki. Gdy tylko weszły do domu Ione natychmiast zaległy na kanapie. Żadnej z nich nie chciało się nawet wstać po wodę, która, zimna i z plastrami cytryny oraz listkami świeżej mięty, spokojnie stała sobie w lodówce. Było bardzo gorąco. Mimo wszystko były usatysfakcjonowane. Maru zadowoliła się jedynie krótką spódniczką w fantazyjne, czarno – białe wzory. Zawsze narzekała na brak pieniędzy. Całe życie oszczędzała, lecz nigdy nic nie zaoszczędziła. Wszystko w końcu wydawała na książki. Ione zaś nie musiała się ograniczać. Jej ojciec pracował jako prawnik w jednej z dobrze prosperujących firm w Los Angeles. Miała pełną swobodę finansową, oczywiście w granicach rozsądku. Kupiła więc zwiewną sukienkę z koronkową wstawkę przy szyi w kolorze szaro – błękitnym. Kolorze jej oczu. Do tego dobrała śliczne buty na płaskim obcasie z miękkiego materiału. Miała nadzieję, że ta sukienka niedługo jej się przyda.
Dzisiaj był piątek, który spędziła nie wychodząc z domu. Maru spotykała się ze swoimi przyjaciółmi, których Ione żartobliwie nazywała „bohemą”. Była to banda naprawdę sympatycznych ludzi, ale czuła się trochę nieswojo, gdy zaczynali rozmawiać o sztuce, o której miała dość podstawowe pojęcia. A oni zawsze rozmawiali o sztuce.
Na studiach miała zajmować się literaturą brytyjską, ale tak naprawdę uwielbiała wszystkie książki. Dziś upatrzyła sobie „Annę Kareninę” Tołstoja. Myślała, że poczyta przez godzinę, może dwie. Chciała potem posprzątać trochę w szufladzie, która z nadmiaru zawartych w niej rzeczy po prostu już się nie domykała. Jej plany jednak wzięły w łeb. Czytała non stop od dziewięciu godzin, z małą przerwą na obiad. Kiedy koło 17 mama zarzuciła jej, że nie można tak siedzieć cały dzień w domu, że potrzeba jej świeżego powietrza. Zabrała książkę i udała się na werandę. Usiadła na ławce przed domem i z powrotem zanurzyła się w lekturze.
Wszystkie poprzednie dni, jak i ten dzisiejszy, podszyte były przepełniającą Ione radością. Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak cudownie. Wszystko było niezmiernie kolorowe, zewsząd dochodził ją zapach słodkich truskawek. Co chwilka wpadała także w rodzaj jakiegoś snu na jawie, wyłączała się na kilka sekund, jej usta rozciągał niewiarygodnie szeroki uśmiech. Artystka na okrągło musiała ją budzić, ale rozumiała to. Sama była wieczną marzycielką i od wielu lat czekała na swojego rycerza, który przyjedzie po nią swoim czarnym motocyklem i porwie ku wieczności. Nie przeszkadzała żyć przyjaciółce marzeniem.
Czytając „Annę Kareninę” Ione od samego początku pokochała język Tołstoja, był tak sugestywny, że czuła się, jakby sama przebywała w mroźnej Moskwie. Szczególnie upodobała sobie wątek Lewina i Kitty. W jej wyobraźni był rosłym mężczyzną z rudymi włosami do ramion. Był rosły, a jednocześnie bardzo kruchy. Jego pewność siebie, której nie miał w swoim wnętrzu zresztą zbyt wiele, mogła zostać pokonana pod naporem jednego spojrzenia ufnych oczu Kitty. Ione właśnie zupełnie oderwała się od świata przeżywając fragment opisujący zaręczyny zakochanych. Nie było jej tu, nic nie widziała, nic nie słyszała, żyła przez tę jedną chwilę życiem swoich bohaterów. Gdy znowu usłyszał ten szept:
 - Witaj, kolorowy ptaku.


Deja vu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz