Następny
tydzień udało jej się wykorzystać tak, jak zamierzała. Czyli w
100%. Poniedziałek znów minął pod znakiem wyjścia na miasto. Z
tą różnicą, że tym razem nic im nie przeszkodziło bawić się
do białego rana. W przypływie jakiejś nieznanej mocy Ione nawet
dała namówić się na drinka. Wypicie jednej szklanki
orzeźwiającego mochito zajęło jej pół godziny.
Następnie
urządziły sobie małą wyprawę. Na dwa dni wpadły do ciotki Maru,
Glorii, która zamieszkiwała, razem z dwoma ślicznymi kotami,
których sierść przypominała odpowiednio srebro i złoto, malutki
domek nad oceanem. Trzy lata temu, po śmierci ukochanego męża
River'a, Gloria zdecydowała o przeprowadzce. Pustka, jaką odczuwała
i poczucie zupełnej bezcelowości przekonały ją, aby wreszcie
spełniła swoje marzenie. W ciągu pięciu dni załatwiła wszystkie
formalności, sprzedała mieszkanie i spakowała cały dobytek. I tak
znalazła się w Venice Beach.
Maru
uwielbiała ją odwiedzać, robiła to w każde wakacje, często
zabierając ze sobą Ione. Kochała słuchać jej opowieści o życiu
i dorastaniu w latach 50., o modzie, muzyce i obyczajach tamtych
czasów. I o wujku Riverze, który w młodości całkiem sporo
narozrabiał, jego życiorys mogła porównać do tego, jaki mają
bohaterowie filmów.
Tak
więc wtorek i środa spędziły na pływaniu w ciepłych, błękitnych
wodach oceanu, opalaniu się, wylegiwaniu na plaży i cofaniu się w
czasie za pomocą maszyny, do której konstrukcji Gloria używała
własnych słów.
W
czwartek zaś wybrały się na zakupy. Cały dzień chodzenia po
sklepach dał im się we znaki. Gdy tylko weszły do domu Ione
natychmiast zaległy na kanapie. Żadnej z nich nie chciało się
nawet wstać po wodę, która, zimna i z plastrami cytryny oraz
listkami świeżej mięty, spokojnie stała sobie w lodówce. Było
bardzo gorąco. Mimo wszystko były usatysfakcjonowane. Maru
zadowoliła się jedynie krótką spódniczką w fantazyjne, czarno –
białe wzory. Zawsze narzekała na brak pieniędzy. Całe życie
oszczędzała, lecz nigdy nic nie zaoszczędziła. Wszystko w końcu
wydawała na książki. Ione zaś nie musiała się ograniczać. Jej
ojciec pracował jako prawnik w jednej z dobrze prosperujących firm
w Los Angeles. Miała pełną swobodę finansową, oczywiście w
granicach rozsądku. Kupiła więc zwiewną sukienkę z koronkową
wstawkę przy szyi w kolorze szaro – błękitnym. Kolorze jej oczu.
Do tego dobrała śliczne buty na płaskim obcasie z miękkiego
materiału. Miała nadzieję, że ta sukienka niedługo jej się
przyda.
Dzisiaj
był piątek, który spędziła nie wychodząc z domu. Maru spotykała
się ze swoimi przyjaciółmi, których Ione żartobliwie nazywała
„bohemą”. Była to banda naprawdę sympatycznych ludzi, ale
czuła się trochę nieswojo, gdy zaczynali rozmawiać o sztuce, o
której miała dość podstawowe pojęcia. A oni zawsze rozmawiali o
sztuce.
Na
studiach miała zajmować się literaturą brytyjską, ale tak
naprawdę uwielbiała wszystkie książki. Dziś upatrzyła sobie
„Annę Kareninę” Tołstoja. Myślała, że poczyta przez
godzinę, może dwie. Chciała potem posprzątać trochę w
szufladzie, która z nadmiaru zawartych w niej rzeczy po prostu już
się nie domykała. Jej plany jednak wzięły w łeb. Czytała non
stop od dziewięciu godzin, z małą przerwą na obiad. Kiedy koło
17 mama zarzuciła jej, że nie można tak siedzieć cały dzień w
domu, że potrzeba jej świeżego powietrza. Zabrała książkę i
udała się na werandę. Usiadła na ławce przed domem i z powrotem
zanurzyła się w lekturze.
Wszystkie
poprzednie dni, jak i ten dzisiejszy, podszyte były przepełniającą
Ione radością. Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak cudownie.
Wszystko było niezmiernie kolorowe, zewsząd dochodził ją zapach
słodkich truskawek. Co chwilka wpadała także w rodzaj jakiegoś
snu na jawie, wyłączała się na kilka sekund, jej usta rozciągał
niewiarygodnie szeroki uśmiech. Artystka na okrągło musiała ją
budzić, ale rozumiała to. Sama była wieczną marzycielką i od
wielu lat czekała na swojego rycerza, który przyjedzie po nią
swoim czarnym motocyklem i porwie ku wieczności. Nie przeszkadzała
żyć przyjaciółce marzeniem.
Czytając
„Annę Kareninę” Ione od samego początku pokochała język
Tołstoja, był tak sugestywny, że czuła się, jakby sama
przebywała w mroźnej Moskwie. Szczególnie upodobała sobie wątek
Lewina i Kitty. W jej wyobraźni był rosłym mężczyzną z rudymi
włosami do ramion. Był rosły, a jednocześnie bardzo kruchy. Jego
pewność siebie, której nie miał w swoim wnętrzu zresztą zbyt
wiele, mogła zostać pokonana pod naporem jednego spojrzenia ufnych
oczu Kitty. Ione właśnie zupełnie oderwała się od świata
przeżywając fragment opisujący zaręczyny zakochanych. Nie było
jej tu, nic nie widziała, nic nie słyszała, żyła przez tę jedną
chwilę życiem swoich bohaterów. Gdy znowu usłyszał ten szept:
- Witaj,
kolorowy ptaku.
Deja
vu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz