Chodził
w tę i we w tę po przestronnym salonie swojego nowego mieszkania.
Czasem siedząc na kanapie zastanawiał się, jak krętą ścieżką
wije się życie. Jeszcze całkiem niedawno nie miał dachu nad
głową, sypiał u Flea, a czasem nawet we własnym samochodzie. Nie
miał pracy, pieniędzy, a po rzuceniu studiów ani perspektyw, ani
nadziei. Teraz zaś wydał z zespołem trzy płyty, właśnie byli w
trakcie nagrywania materiału na czwarty krążek. Mieszkał w
pięknym domu urządzonym a stylu art deco, położonym w jednej z
najlepszych dzielnic Los Angeles.
Była
trzecia w nocy. Chodził w tę i z powrotem obok okna, przez które
przebijający się blask księżyca tworzył na mahoniowej podłodze
srebrne, pionowe pasy oświetlające jego bose stopy. Spojrzał na
znajdujące się w oddali wzniesienie. Spojrzał na te samochody,
które mimo późnej godziny wciąż krążyły po ulicach. I po raz
kolejny zdał sobie sprawę z tego, jak ogromną więź czuł z tym
miastem, które nigdy nie śpi.
Trwał
w tym stanie już od dwóch godzin. Próbował wcześniej zasnąć,
ale jedynie przewracał się z boku na bok. Tak było zawsze. Gdy
tylko jakiś problem zaczynał go trapić, natychmiast przybywały
jakieś nieznane demony i odbierały mu słodkie opary regenerującego
snu.
Bił
się z myślami, musiał podjąć jakąś decyzję. Najgorsze było,
że nawet nie miał się do kogo zwrócić, był piątek – o tej
porze Flea i John byli pewnie na jakiejś imprezie, zataczając się
od ilości alkoholu we krwi i zarywając do coraz to nowych
dziewczyn, których, chętnych i odważnych, było w takich miejscach
na pęczki.
Cholera.
I co ja mam zrobić? Przecież gdy tylko dowie się prawdy nie będzie
chciała więcej się ze mną spotkać. Ale nie mogę tego ukrywać.
Na pewno wyjdzie, bo zawsze wychodzi. A wtedy będzie rozczarowana i
rozgoryczona, że tyle czasu ją okłamywałem. A
tego nie chciał. Nie liczył już, w ilu był związkach. Świadomy
tego, jak działa na kobiety, nigdy nie miał problemów ze
znalezieniem partnerki na jedną lub kilka nocy. Na pierwszy rzut oka
mogło się wydawać, że się nimi bawi. Uwodził, wykorzystywał i
porzucał. Nie ukrywał tego, był istotą seksualną i uznawał to
za rzecz zupełnie normalną. Jednak każdy, kto znał go lepiej,
wiedział, że jest to objaw swego rodzaju desperacji. Tony był
pełen miłości, jak zwykła mawiać jego mama. I usilnie starał
się odnaleźć tę osobę, z którą mógłby się nią podzielić.
Czuł, że Ione była właśnie tą osobą. Piękna w swojej
naturalności, potrafiła oczarować go jednym błyskiem swoich
roześmianych oczu. Świetnie im się także rozmawiało. Musiał
przyznać, że jeszcze w towarzystwie żadnej ze swoich byłych nie
czuł się od samego początku tak dobrze. I w ten sposób zrozumiał.
Musi jej powiedzieć. Albo zrozumie, albo nie. Ale oszukiwać jej nie
może, zdecydowanie na to nie zasługiwała.
Szybkim
krokiem udał się do sypialni, wciągnął jeansy, założył
koszulkę i narzucił swoją jedyną, czarną skórzaną kurtkę. Z
leżącego na stole notatnika wyrwał kartkę, na której szybkimi
ruchami napisał kilka słów. Wsadził ją do kieszeni i wyszedł z
domu.
Jego
twarz natychmiast owionęło zimne, nocne powietrze. Było rześkie i
oczyszczające. Do domu Ione było jakieś 15 minut spacerem. Nie
przeszkadzało mu to jednak. W trakcie tej przechadzki rozglądał
się po ulicach. Uwielbiał Los Angeles nocą. Mimo, że nigdy nie
zamierało, to po zmroku było jednak znacznie spokojniej. Mógł
podziwiać dominującą symetrię, która dodawała jego mieszkańcom
swoistego poczucia stabilizacji. I wsłuchać się w swoje myśli.
Pół
godziny później, po powrocie do domu rozebrał się i wskoczył do
łóżka. Podjęcie decyzji przerwało błędne koło dylematów.
Zasnął, kiedy tylko zamknął powieki.
W
skrzynce na listy przy Courtney Avenue 127 znajdowała się pokryta
okrągłymi literami kartka:
Chciałbym
podzielić się z tobą tym, co mnie trapi. Wierzę, że zasługujesz
na to. Przyjdź wieczorem. King Road 1464.
Tony
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz