Czy
ktoś właśnie coś mówił? Nie no, aż tak źle z nią nie jest,
nie ma jeszcze halucynacji ani omamów. Powoli otworzyła oczy, w
mgnieniu sekundy przeteleportowała się z wyimaginowanej Grecji,
znów siedziała przed Whisky, i odwróciła głowę w stronę, z
której dobiegł ją szept.
Siedział
dosłownie centymetr obok. Mogła ruszyć palcem i bez problemów
dotknęłaby jego nogi. Oprócz wspomnianych już jeansów miał na
sobie biały bezrękawnik z podobizną Marylin Monroe, który
odsłaniał jego umięśnione, muśnięte całkiem naturalną
opalenizną ramiona. Prawe przyozdabiał tatuaż prezentujący
Indianina. Ione lubiła tatuaże, zawsze podziwiała ludzi, którzy
się na nie decydowali. Trzeba mocno wierzyć w swoje przekonania,
żeby wstrzyknąć sobie pod skórę tusz, który zostanie tam już
do końca życia. Sama także pragnęła mieć małą triadę, symbol
jedności, na lewym nadgarstku. Brakowało jej tylko iskry, która
rozbudziłaby siedzącą w jej wnętrzu porcję odwagi.
Miał
ciało atlety, ale to ta interesująca i nietypowa twarz zwracała
uwagę. Była smukła, pociągła, z lekko wysuniętym podbródkiem.
Oczy w kolorze gorzkiej czekolady otaczały długie, czarne rzęsy.
Miał troszkę krzywe usta, które rozciągając się w uśmiechu
ukazywały dziwne, lekko zaostrzone zęby. Jego głowę, jak
wodospad, okalały długie do połowy pleców, proste włosy.
Odrobinę
kobiecą urodę podkreślało dodatkowo nietypowe ciało. Chociaż
był wysportowany, miał silne ramiona, zaś pod koszulką lekko
zarysowywał się kształt umięśnionego torsu, mierzył około
metra siedemdziesięciu wzrostu. Wydawał się drobny, drobne i
delikatne były jego dłonie o smukłych palcach. Wszystko to
tworzyło szaloną, i niezwykle pociągającą mieszankę.
- Wybacz,
że tak podbijam wprost, ale widziałem cię na naszym koncercie.
Wyglądałaś jak tropikalny ptak w miejskiej dżungli. - uśmiechnął
się lekko – Chyba polubiłaś naszą muzykę, co?
- Taa...
To było niesamowite, tak inne niż wszystko i niezwykle
energetyczne. - odparła rozmarzona, ale już się ocknęła – A z
tym ptakiem to rozumiem, że komplement, tak?
Odpowiedział
jej cichy gardłowy śmiech, który sprawił, że trochę się
rozluźniła.
- Mam
na imię Anthony. Anthony Kiedis. - wyciągnął ku niej dłoń –
Ale kumple mówią na mnie Tony.
- Ione
Skye - uścisnęła ją
- Skye?
Jak niebo. Zupełnie do ciebie pasuje. Twoje oczy są jak niebo.
Lekko
się zaczerwieniła, to już kolejny komplement, który od niego
usłyszała, chociaż znała go od jakiejś godziny.
Zaczęli
rozmawiać. Gadali, jakby znali się od 10 lat. O wszystkim. O
muzyce, ulubionych filmach, o sobie. Ione opowiadała Tony'emu o
szkole i planach na przyszłość. Były z Maru w tym samym wieku,
jednak przyjaciółka od razu zakwalifikowała się na drugi rok. Tak
świetnie przeszła egzaminy wstępne, że komisja uznała, że
byłoby bez sensu trzymać ją na pierwszym roku, skoro wszystko
miała perfekcyjnie opanowane.
Ione
zaś w październiku miała zacząć studiować literaturę brytyjską
na UCLA. Zawsze interesowała się literaturą, lubiła dużo czytać,
ale sama także pisywała wiersze i opowiadania. Jak się okazało na
tym polu także znalazła z Tony'm porozumienie. Dowiedziała się,
że będąc w Emersonie każdą lekcje angielskiego zaczynali od
napisania dziennika, najczęściej streszczali wczorajsze popołudnia.
Tony uwielbiał to, dlatego też zaprzyjaźnił się z nauczycielką,
panią Vernon, która odkryła w nim talent i potencjał.
Podzieliła
się też z Anthony'm inną swoja pasją. Pomimo tego, że na co
dzień niczym się nie wyróżniała, szuflada jej biurka była
wypełniona projektami. Uwielbiała modę, i chociaż nie miała
zdolności plastycznych, w każdej wolnej chwili sięgała po ołówek
i przelewała na papier wszystkie swoje niezwykłe i niepowtarzalne
wizje. Odkąd skończyła 11 lat chciała być projektantką. Ale jej
rodzice nie uważali tego za zawód, który zapewni córce stabilne i
dostatnie życie. Dużo bardziej pochwalali literaturę, po której
mogła zostać nauczycielką. Ione byłą grzeczną dziewczynką.
Tony
zaś opowiedział jej historię swojego zespołu, dzięki któremu
spełniał swoje marzenia. Był od niej osiem lat starszy, pięć lat
temu, zaledwie po roku, rzucił studia na UCLA. Od tamtej pory RHCP,
których był założycielem razem ze swoim najlepszym przyjacielem
Mike'em, który w środowisku znany był jako Flea, nadawało sens
jego życiu.
Jako
syn początkującego aktora, Blackie'go Dammetta, był wychowywany w
atmosferze zupełnej swobody. Przez ich mieszkanie przewijały się
najróżniejsze gwiazdy sportu czy muzyki. Jako nastoletni chłopiec
zagrał kilka pobocznych ról w filmach. Kariera aktorska, mimo że
świetnie sobie radził, nie była mu pisana.
Po
jakimś czasie, silna dotąd więź z ojcem, zaczęła się kruszyć.
Po jednej z przeraźliwych kłótni Tony wyszedł z domu i nigdy do
niego nie wrócił. A po rzuceniu studiów został z niczym. Nie
miał pieniędzy, pracy, mieszkania. Często nocował u Flea, lecz
czasem zdarzało się, że spał pod gołym niebem. Na żadnej z
posad, na które go przyjęto, nie zagrzał długo miejsca. Lubił
się bawić, nie ukrywał tego. Najczęściej więc wyrzucano go za
to, że się w ogóle nie pojawiał lub przychodził skacowany.
Z
tej błędnej spirali nędzy i destrukcji wyrwał go Flea. Jako
najzagorzalszy fan zespołu Anthym, do którego oprócz Flea należeli
także Hillel Slovak i Jack Irons, przyjaciele z Fairax High, Tony
był obecny na każdym ich koncercie, zaś jego szalony taniec,
polegający głównie na wirowaniu (które często prowadziło do
różnorakich katastrof i wypadków) zawsze rozgrzewał publiczność
i zachęcał ją do zabawy. Pewnego razu poprosili, żeby został
wokalistą ich zespołu. A raczej raperem, bo jego zdolności głosowe
nie były wtedy na najlepszym poziomie. Miało to być tylko na
próbę. Spróbowali. I zaiskrzyło. W ten sposób nagrali już trzy
albumy i stawali się małymi gwiazdami hollywoodzkiej sceny
undergroundowej.
Nie
zorientowali się, jak czas szybko leciał. Z tego kokonu,
uplecionego z nici porozumienia, zainteresowania sobą nawzajem i
zapomnienia, wyrwał ich dopiero gwar wychodzącego z Whisky tłumu.
Ione zauważyła zmierzającą w jej stronę Maru.
- Cześć,
jestem Maru, przyjaciółka Ione. A ty grasz w RHCP, nie? -
Artystka, jak zwykła nazywać ją Ione, zawsze była bezpośrednia.
Nigdy nie miała problemów z nawiązywaniem nowych kontaktów.
- Hej.
Tony – podał jej rękę. Jej śmiałość w ogóle go nie
zdziwiła, widocznie był przyzwyczajony do pewnych siebie
dziewczyn, które zawsze dostają to, czego chcą.
Już
mieli się pożegnać, Ione podarowała Tony'emu małą karteczkę z
napisanym na niej adresem. Wtem jednak obok Anioła, jak nazwała go
w myślach, zmaterializował się młody, krótko ostrzyżony, chudy
chłopak. Tony przedstawił go jako Johna Frusciante, nowego i bardzo
utalentowanego gitarzystę ich zespołu. John wydał jej się miły,
acz trochę nieśmiały.
Jednak
to, co stało się z jej najlepszą przyjaciółką, odebrało jej
mowę. Maru najpierw zmierzyła wzrokiem od stóp do głów Johna,
potem jej policzki oblał krwistoczerwony rumieniec. A następnie
spuściła głowę. „No nie! Maru zawstydzona! Co tu się
dzieje?!”. Ta myśl nawiedziła umysł Ione, która ciągle
znajdowała się w stanie szoku.
Zmierzały
już do domu, w kierunku Courtney Avenue. Dopiero teraz, gdy jej mózg
przetrawił to, co przed chwilą się stało, zdołała wydusić:
- Właśnie
chyba wpadłaś po uszy.
Maru,
która zawsze szczyciła się tym, że nic nigdy nie mogło jej
złamać, rzuciła szyderczo:
- Och,
a ty to może nie?
- Jak
najbardziej – odrzekła Ione z uśmiechem. - I bardzo się z tego
cieszę.