Tony's Skye

Tony's Skye

czwartek, 8 października 2015

Rozdział drugi

Z pomieszczenia dobiegała mieszanina męskich głosów połączona z kobiecym chichotem. Ione lekko uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Była tam cała masa ludzi, aż dziwne, że wszyscy się zmieścili w tak małym pokoju. W środku tego chaosu stał bokiem odwrócony jej anioł, który mocował się z zużytym już zamkiem od znoszonych spodni. Były to jasne jeansy do kolan. Miały postrzępiony brzeg, były popisane markerem. Największy napisał brzmiał „Live hell” i dekorowała go złota gwiazda. „Ubranie z duszą” pomyślała Ione z uśmiechem. I znów zjechała o jedno piętro niżej w tej windzie zauroczenia. W chwili, gdy ta myśl przebiegała przez jej głowę, do frontmana podeszły dwie młode dziewczyny, o bujnych kształtach, ubrane w bardzo, można by rzec „minimalistyczny” strój. Wokalista po uporaniu się z zamkiem chętnie je objął.
Ione natychmiast zamknęła drzwi garderoby. Cała ta akcja trwała kilka sekund, nikt więc nie spostrzegł drobnego intruza.
„Co ja sobie wyobrażałam, przecież taki facet ma lasek na pęczki!” wyrzucała zła na samą siebie kierując się do wyjścia. Na twarzy podążającej za nią Maru malował się wyraz kompletnego niezrozumienia.
Gdy tylko znalazły się na zewnątrz usiadła na murku naprzeciwko wejścia do klubu. Artystka zmaterializowała się zaraz obok i podała jej resztkę piwa, które siorbała podczas koncertu. W takich chwilach nie trzeba było jej namawiać na zwierzenia, jak automat wyrzucała z siebie wszystko, opowiedziała przyjaciółce całe zdarzenie, które chociaż tak krótkie i mało ważne, w jej mikrokosmosie urosło do kształtów Wenus.
Była na siebie zła, bo tak łatwo połknęła haczyk. Wystarczyło tych kilka minut, a już myśląc o nim robiło jej się gorąco. Znała samą siebie, nie było więc tajemnicą, jak to się skończy. Jako osoba, która przeżywała każdą pojedynczą emocję trzy razy bardziej niż inny człowiek wiedziała, że po prostu będzie cierpieć.
Siedziały tak kilka minut, po chwili usłyszały dobiegający z klubu, lekko przytłumiony dźwięk perkusji. Muzycy The Black Flag właśnie rozpoczynali swoje show.

 - Leć – szepnęła do Maru, której smukłe palce natychmiast, gdy tylko muzyka dotarła do jej uszu, zaczęły wybijać rytm na udzie. - Poradzę sobie.
 - Na pewno? No ok, strasznie nie chciałam ominąć tego koncertu. A ty pamiętaj – wyluzuj i wszystko będzie dobrze.

Ione uśmiechnęła się szeroko. Nienawidziła tekstu ”wyluzuj”, nigdy nie pomógł na jej przewrażliwienie, był więc drażniący. Maru używała go czasem drocząc się z nią.
Widząc to, studentka The Academy of Art University zerwała się na nogi, cmoknęła Ione w policzek i popędziła z powrotem do środka.
Przez chwilę przyglądała się malunkom na swoich ramionach. Zdecydowała, że poczeka na przyjaciółkę. Po koncercie będzie miała pewnie całą masę rzeczy do opowiedzenia, zawsze dzieliła się wrażeniami. Ione miała nadzieję, że potok jej słów choć na chwilę ją porwie. Podniosła lekko podbródek do góry i zamknęła oczy. Ach, ile by dała by jej rozgrzaną skórę owinął lekki i chłodny podmuch wiatru. Niestety, w Kalifornii zawsze było ciepło, czy to była noc czy dzień, sierpień czy listopad. Zaczęła wyobrażać sobie, jakie to musi być uczucie – siedzieć nad brzegiem Morza Śródziemnego, gdzieś w Grecji, słyszeć bawiących się w tawernie ludzi i czuć delikatny dotyk bryzy na policzkach.
Nie wiedziała, jak długo tak fantazjowała, ale nagle jej prawe ucho wypełnił szept. Niski głos mówił:
 - Witaj, kolorowy ptaku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz