Z
pomieszczenia dobiegała mieszanina męskich głosów połączona z
kobiecym chichotem. Ione lekko uchyliła drzwi i zajrzała do środka.
Była tam cała masa ludzi, aż dziwne, że wszyscy się zmieścili w
tak małym pokoju. W środku tego chaosu stał bokiem odwrócony jej
anioł, który mocował się z zużytym już zamkiem od znoszonych
spodni. Były to jasne jeansy do kolan. Miały postrzępiony brzeg,
były popisane markerem. Największy napisał brzmiał „Live hell”
i dekorowała go złota gwiazda. „Ubranie z duszą” pomyślała
Ione z uśmiechem. I znów zjechała o jedno piętro niżej w tej
windzie zauroczenia. W chwili, gdy ta myśl przebiegała przez jej
głowę, do frontmana podeszły dwie młode dziewczyny, o bujnych
kształtach, ubrane w bardzo, można by rzec „minimalistyczny”
strój. Wokalista po uporaniu się z zamkiem chętnie je objął.
Ione
natychmiast zamknęła drzwi garderoby. Cała ta akcja trwała kilka
sekund, nikt więc nie spostrzegł drobnego intruza.
„Co
ja sobie wyobrażałam, przecież taki facet ma lasek na pęczki!”
wyrzucała zła na samą siebie kierując się do wyjścia. Na twarzy
podążającej za nią Maru malował się wyraz kompletnego
niezrozumienia.
Gdy
tylko znalazły się na zewnątrz usiadła na murku naprzeciwko
wejścia do klubu. Artystka zmaterializowała się zaraz obok i
podała jej resztkę piwa, które siorbała podczas koncertu. W
takich chwilach nie trzeba było jej namawiać na zwierzenia, jak
automat wyrzucała z siebie wszystko, opowiedziała przyjaciółce
całe zdarzenie, które chociaż tak krótkie i mało ważne, w jej
mikrokosmosie urosło do kształtów Wenus.
Była
na siebie zła, bo tak łatwo połknęła haczyk. Wystarczyło tych
kilka minut, a już myśląc o nim robiło jej się gorąco. Znała
samą siebie, nie było więc tajemnicą, jak to się skończy. Jako
osoba, która przeżywała każdą pojedynczą emocję trzy razy
bardziej niż inny człowiek wiedziała, że po prostu będzie
cierpieć.
Siedziały
tak kilka minut, po chwili usłyszały dobiegający z klubu, lekko
przytłumiony dźwięk perkusji. Muzycy The Black Flag właśnie
rozpoczynali swoje show.
- Leć
– szepnęła do Maru, której smukłe palce natychmiast, gdy tylko
muzyka dotarła do jej uszu, zaczęły wybijać rytm na udzie. -
Poradzę sobie.
- Na
pewno? No ok, strasznie nie chciałam ominąć tego koncertu. A ty
pamiętaj – wyluzuj i wszystko będzie dobrze.
Ione
uśmiechnęła się szeroko. Nienawidziła tekstu ”wyluzuj”,
nigdy nie pomógł na jej przewrażliwienie, był więc drażniący.
Maru używała go czasem drocząc się z nią.
Widząc
to, studentka The Academy of Art University zerwała się na nogi,
cmoknęła Ione w policzek i popędziła z powrotem do środka.
Przez
chwilę przyglądała się malunkom na swoich ramionach. Zdecydowała,
że poczeka na przyjaciółkę. Po koncercie będzie miała pewnie
całą masę rzeczy do opowiedzenia, zawsze dzieliła się
wrażeniami. Ione miała nadzieję, że potok jej słów choć na
chwilę ją porwie. Podniosła lekko podbródek do góry i zamknęła
oczy. Ach, ile by dała by jej rozgrzaną skórę owinął lekki i
chłodny podmuch wiatru. Niestety, w Kalifornii zawsze było ciepło,
czy to była noc czy dzień, sierpień czy listopad. Zaczęła
wyobrażać sobie, jakie to musi być uczucie – siedzieć nad
brzegiem Morza Śródziemnego, gdzieś w Grecji, słyszeć bawiących
się w tawernie ludzi i czuć delikatny dotyk bryzy na policzkach.
Nie
wiedziała, jak długo tak fantazjowała, ale nagle jej prawe ucho
wypełnił szept. Niski głos mówił:
- Witaj,
kolorowy ptaku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz