Zmierzały
w dół Sunset Boulevard. Zrezygnowały dziś z samochodu, jej
cadillac, w kolorze wściekło - kanarkowym, którego dostała dwa
dni temu od rodziców, stał teraz zaparkowany przed ich domem przy
Courtney Avenue. Ulice były wręcz zalane ludźmi. Wszelakiego
rodzaju. Było tu pełno punków, zmierzchających hipisów, ludzi
młodych i tych podchodzących pod trzydziestkę, ludzi zupełnie
zwyczajnych i niczym nie wyróżniających się i pełno
najróżniejszych freaków, bo innym słowem nie można ich było
określić. Dziś, tego jedynego dnia, ona także się do nich
zaliczała. Był 21 sierpnia, jej osiemnaste urodziny. Z tej okazji
wybrały się razem z jej najlepszą przyjaciółką, Maru, na
miasto. I choć na co dzień nosiła jeansy, trampki i t-shirty, bo
przede wszystkim stawiała na wygodę, dziś wszystkie głowy się za
nią odwracały.
Miała
na sobie zwiewną, burgundową sukienkę do kolan i zawiązywane na
rzemyki sandały. Głęboko turkusowy cień do powiek i pociągnięte
czarną maskarą rzęsy natychmiast przykuwały wzrok przechodniów
do jej szaro - błękitnych oczu. Ramiona zostały pokryte
fantazyjnymi malunkami stworzonymi przez Maru, która swój talent
plastyczny mogła udowodnić na wszystkim, niezależnie od
powierzchni i narzędzi, jakimi się posługiwała. W październiku
zaczynała drugi rok na The Academy of Art University, Ione
uwielbiała jej prace, była więc dumna mogąc być żywym płótnem.
Na głowie zaś królowała opaska, za którą powsadzane były
różnobarwne pióra. Dziś, w ten szczególny dzień stała się
kolorowym ptakiem.
Zmierzały
więc w dół Sunset Boulevard zastanawiając się, do którego klubu
zajrzeć.
- Przed
Whisky a Go Go ustawił się pokaźny tłum, mają pewnie niezły
band na wieczór, zapowiada się niezła impreza – zauważyła
rezolutnie Maru.
- Whisky?
Ale przecież to jest klub ze striptizem! Nie sądzisz, że to
trochę niewłaściwe... - zaoponowała Ione.
- Och,
daj spokój, Criss mówił, że są tu niezłe koncerty. A poza tym
masz już 18 lat, więc widok nagiej kobiety nie zrobi na tobie
większego wrażenia, nie?
Nie
protestowała, w kwestii imprez i dobrej zabawy wolała zaufać komuś
innemu, w sumie urodziny to była dla niej jedyna okazja do
świętowania, nie była więc zbytnio doświadczona.
Ustawiły
się w kolejce zaraz za ubranym na czarno rodzeństwem. Dziewczyna
żywiołowo opowiadało o czymś bratu, dodając do tej opowieści
trochę zbyt przerysowaną gestykulację. Stojący obok brat,
mierzący prawie dwa metry, wpatrywał się przed siebie, zdawał się
jej nie słuchać. Aczkolwiek zmieniał trochę rytm jej wypowiedzi,
wtrącając pojedyncze zdania swoim niskim barytonem. Rozprawiali o
muzyce, funku i Georgu Clintonie. Ione podsłuchiwała ich rozmowę.
Uwielbiała jakby zagłębiać się w życie innych. Zastanawiała
się wtedy kim są, o czym marzą, jakie mają problemy czy plany na
wieczór. Jej głowa pełna była takich fantastycznych scenariuszy
dotyczących innych, i jej samej też. Nie trwało to jednak długo,
kolejka przesuwała się całkiem sprawnie i już po około pięciu
minutach były w środku.
Przed
sceną było jednak pusto, wszyscy czekający udali się do baru.
Ione rzuciła Maru pytające spojrzenie.
- Już
czytam w twoich myślach. Otóż gdy ty stałaś wgapiona w tamtych
ludzi ja zrobiłam mały rekonesans. No dobra, po prostu odwróciłam
się do chłopaka, który stał z nami i się dowiedziałam, że....
- Że?
- Że
dziś gwiazdą wieczoru będzie The Black Flag! - odpowiedziała
Maru, nazwę zespołu wręcz wykrzykując, co jednak w tak tłumnym
miejscu nie robiło różnicy.
- Wow,
to świetnie! - ucieszyła się Ione. Jej przyjaciółka uwielbiała
Black Flag, cieszyła się więc jej szczęściem. - No ale dlaczego
jest tu tak pusto?
- Bo
BF grają dopiero za godzinę, zaraz wyjdzie ich suport. Red Hot
Chili Peppers. Nie znam ich, a ty?
Ione
pokręciła przecząco głową. Artystka ruszyła za tłumem do baru,
Ione zaś udała się pod scenę. Nie przepadała za alkoholem,
zawsze mając do wyboru to lub muzykę, wybierała opcję numer dwa.
Stanęła
więc między dziewczyną a chłopakiem, którzy w ogóle tu nie
pasowali. Ona, cała w ćwiekach i czarnej skórze wyglądała, jakby
urwała się z black metalowego koncertu. On zaś jakby nie zdążył
się przebrać po pracy – miał na sobie zaprasowane w kant
jasnobeżowe spodnie i białą koszulę w jasnobeżowe paski. Dobrze
chociaż, że pierwszy guzik koszuli był rozpięty. „Ok, niech tak
będzie” pomyślała. Przyjmowała życie takim jakim jest, łatwo
się zachwycała, ale mało było rzeczy, które ją dziwiły. Oprócz
tego, co się właśnie działo.
Światła
lekko przygasły i nagle na scenę wyskoczyli czterej mężczyźni.
Nago. Prawie. W pierwszym momencie szeroko otworzyła oczy „O co tu
chodzi?” pomyślała. Ich jedynym ubraniem były białe, długie
skarpetki, które osłaniały „najważniejszą część męskiego
ciała”. Ich twarze jednak nie wyrażały żadnego skrępowania.
Natychmiast zaczęli grać bardzo energetyczny i porywający do tańca
kawałek. Gdy pierwszy szok minął, Ione, zafascynowana tą
niesamowitą muzyką, zaczęła szaleć i skakać, partnerując
frontmanowi, któremu skromne odzienie nie przeszkadzało wirować po
całej scenie. Gdy utwór zbliżał się do bridge'u dostrzegł ją.
Nawiązali ten krótki kontakt wzrokowy. I szaleli tak przez cały
występ. Ona tu na dole, pośród wszystkich małolatów, którzy
przyszli tu, żeby wykorzystać do granic możliwości zbliżające
się ku końcowi lato. On tam na górze, pośród muzyków spełniał
swój amerykański sen.
Radość,
którą odczuwał tworzyła wokół niego namacalną wręcz aurę,
którą Ione chłonęła całą sobą. I już wiedziała, że wpadła.
Wręcz utopiła się w tych gorzko - czekoladowych oczach. Uwielbiała
takich ludzi, którzy przeżywali każdą chwilę w 200%.
Gdy
ten krótki set się skończył muzycy zeszli ze sceny. Dopiero gdy
płynąca z głośników muzyka ucichła, obudziła się. Odwróciła
głowę i ujrzała tłum, którego jeszcze przed chwilą tu nie było.
Po jej lewej stronie stała Maru.
- O
matko, jak ty wyglądasz! Oczy ci się błyszczą jakby były ze
szkła. Musisz do niego podejść!
- Co?
- No
idź! Wyszli tamtymi drzwiami – wskazała jej wyjście po prawej
koło sceny – łap swoją szansę, bo może się już nie
powtórzyć. No i przecież dzisiaj są twoje urodziny, więc
wszystko się może zdarzyć. - Maru uśmiechnęła się znacząco i
lekko pchnęła przyjaciółkę we wskazanym kierunku.
Dopiero
to zerwało z Ione chmurę letargu, w której się zanurzyła i
ruszyła, stawiając swoimi drobnymi stopami powolne kroki. Odległość
nie była duża, więc już po chwili stała przed drzwiami z
naklejoną kartką ”Garderoba”. Wzięła głęboki wdech. Jej
usta mimowolnie przystroiły się w najpiękniejszy, bo wychodzący
ze środka, z wewnętrznej radości, która wypełniała ją aż po
koniuszki palców i podniecenia rozpalającego jej policzki, uśmiech.
Położyła dłoń na zimnej, chromowanej klamce i nacisnęła ją
nieśmiało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz